wtorek, 18 lutego 2014

19.

19.
Niemalże w stu procentach byłam pewna,że dawno utworzona przeze mnie bariera zaczynała pękać.Stworzyłam ją praktycznie pół roku temu tak silną,iż nikt nie potrafił się przez nią przebić.Czerwiec.Ten miesiąc był początkiem.Mogę go określić jako własne,pierwsze odrodzenie.Wreszcie po tak długim czasie byłam w stanie wrócić do otaczającej mnie rzeczywistości w której sama się gubiłam.Upadłam dawno temu,ale zrodziłam się,niczym feniks z popiołu - otrzepując resztki przeszłości z przesiąkniętego nadzieją ciała.Pierwszy uśmiech pociągnął za sobą pulsujący ból w kącikach ust.-Tak dawno tego nie robiłam...-pomyślałam i odkaszlnęłam. To piękne uczucie być z powrotem wolną jednostką równocześnie zaczynając od nowa.Niestety nie wszystko było takie cudowne.
Moje uczucia były w stanie agonalnym.Próbowałam być silna,twarda,a przede wszystkim obojętna na otaczających mnie ludzi.Nie zauważyłam,gdy to wszystko wymknęło mi się spod kontroli.Dopiero po kilku miesiącach uświadomiłam sobie,że wcale nie wyszłam z tego dna i pomimo wszystko dalej nie wypłynęłam na powierzchnię. Czułam jakby moje kończyny były skrępowane grubym łańcuchem,wiedziałam,że nie mogę nic z tym zrobić,aczkolwiek desperacko szukałam jakiegokolwiek rozwiązania. I wtedy uświadomiłam sobie,że nie wyjdę z tego sama.
Otworzyłam oczy i czekałam,aż na zegarku wybije godzina siedemnasta.Za oknem wiało,a ja ze wszystkich sił próbowałam uspokoić swoje ciało od przypływających emocji.Byłam rozdygotana.Nie wiem,nie znałam powodu.Powoli ubierałam kolejne warstwy,aż nagle bezwładnie upadłam na podłogę,jednocześnie łapiąc się za brzuch.Podkuliłam kolana pod brodę,usiłując wmówić sobie,że będzie dobrze.Bałam się tej bariery,nie chciałam być obojętna,ale nie wiedziałam czy kiedykolwiek uda mi się przełamać.
Czekając w tym samym miejscu co zawsze,próbowałam uspokoić swój oddech i zdecydowanie za szybko bijące serce.Nie kontrolowałam swojego ciała,uczuć,niczego...doskonale to wiedziałam,ale nie dopuszczałam do siebie tejże myśli.Swoje uczucia zamknęłam tak głęboko,że nie miałam pojęcia czy ktoś kiedykolwiek wygrzebie je z moich czeluści na powierzchnię.Spojrzałam na niego i równocześnie stwierdziłam,że może się to udać.
Ból był niewyobrażalny,leżałam w ciemnym pomieszczeniu jednocześnie doszukując się chociaż namiastki światła.Przez moje ciało przebiegał dreszcz,który mogłam porównać z rozrywaniem mojego wnętrza na kawałki.Wyginałam się w różne strony.Na próżno,ból nie ustępował.-Zbyt silna...-pomyślałam,zaciskając zęby.Nie wiem jak to było możliwe,ale wytworzona przeze mnie dawno temu bariera zaczynała pękać i nie miałam pojęcia jak to mogłam odebrać.W sumie nic nie czułam,oprócz palącego moje wnętrze bólu.Zamknęłam oczy z nadzieją na szybki koniec.
Obudziłam się,wstałam i spojrzałam w lustro.Nic.Nie doszukałam się żadnych większych zmian,ale miałam przeczucie,że coś jest nie tak.Weszłam w głąb swojego umysłu i gorączkowo szukałam przyczyny mojego niepokoju...i wtedy to zauważyłam.Moja bariera miała kilkanaście rys i kilka głębszych nacięć.W mojej głowie pojawił się dylemat - walczyć z tym czy odpuścić i dać się ponieść emocjom?Rozważałam to godzinami,aczkolwiek nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi nawet w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu.Wiem,że może potrafiłabym kochać,ale czy to uczucie by przetrwało?O wiele prościej byłoby zranić,ale znaczna część Go potrzebowała.Zagryzając wargę pchnęłam te myśli jak najdalej i wpoiłam sobie,że będę żyć chwilą. W końcu postanowiłam jedno,ale czy to jest dobry wybór?