poniedziałek, 29 grudnia 2014

25.

25.
Mamy dwudziesty dziewiąty grudzień, trzy godziny do przedostatniego dnia dwa tysiące czternastego roku. Postanowiłam oczyścić swój umysł, zapalając świecę, która ulotni moje najgorsze wspomnienia wraz z odchodzącym rokiem. Czas na podsumowanie tych dwunastych miesięcy, których na pewno nie mogę jednoznacznie opisać. Amplituda uczuć była tak wielka, że mój ocean emocji mógłby zamarznąć jak i rozpuścić się w dosłownie kilka sekund. Westchnęłam i powoli zaczęłam wstukiwać kolejne klawisze tak, aby powstały znaczące słowa i ważne - dla mnie - zdania, które delikatnie ulatniały się nad moją głową i pękały jak bańka mydlana. Jeżeli coś zaczęłam, muszę to skończyć.
Minus piętnaście stopni, by mi nie przeszkadzało, ale tylko wtedy, gdyby nie było minusa przed piętnastką, a moje ciało nie sztywniałoby przy każdym podmuchu lodowatego wiatru. Trzydziestego stycznia stałam przed wyimaginowanym sądem, który istniał tylko w mojej głowie. Moja wiara w siebie była ujemna, tak jak temperatura za oknem, więc mogłabym się uznać za osobę pesymistyczną(tak naprawdę przedstawiałam się jako realistkę, tylko z pesymistycznym podejściem, cóż za bezsens). W myślach kołatało mi mnóstwo myśli, których znaczna część wylatywała uchem, a garstka odnajdywała drogę do serca. - Stop - Rzekłam przede wszystkim do siebie jak i swoich natrętnych niematerialnych myśli. 

- Uspokójcie się - mruknęłam i podkuliłam kolana pod głowę. Wczepiłam swoje długie, czerwone paznokcie w równie krwistą kanapę i przygryzłam wargę, przybierając pozę myślicielki.
 - Wdech, wydech...policz do dziesięciu, a może to wszystko zniknie? Uszczypnę się i nie będę musiała podejmować żadnej decyzji? Obudzę się z ponurą minę i pomaszeruję do kuchni po herbatę i zrobię trening? - z moich ust wydobywał się natłok słów, które wylatywały z prędkością światła.
- Nie! - moja podświadomość krzyczała jak oszalała i w tym samym poczułam gwałtowny ból głowy. Masując jej prawą część, wstałam i zaczęłam spacerować od drewnianego parapetu do biurka na którym leżał włączony laptop, a z głośników wydobywała się delikatna melodia, która pieściła moje uszy. Nagle zdałam sobie sprawę, że znam odpowiedź na wszystkie pytania i w mojej głowie zapaliła się zielona lampka - Zrobię to - Powiedziałam sobie w duchu i wyszłam, zatrzaskując za sobą problemy.
Jeżeli mam być szczera - a zawsze jestem, tylko przez to ludzie uważają mnie za wredną osobę - to byłam jedną z najszczęśliwszych osób, które poznały smak najpiękniejszego uczucia. To prawda, kilka miesięcy nauczyło mnie wiele, ale przede wszystkim, moja samoocena wzrosła o kilka, a nawet kilkanaście stopni, które odzwierciedlał mój uśmiech na twarzy.
Nigdy jednak nie mówmy hop, bo deszcz, który padał był jedynie namiastką burzy, która począwszy od września, przepełniła mój umysł i ciało smutkiem, a także lekko egoistycznym podejściem czy też dystansem do ludzi. Jestem osobą, która cieszy się szczęściem innych osób - szczególnie przyjaciół - aczkolwiek najważniejszym aspektem byłoby to, gdybym to ja siebie uszczęśliwiła. Aura, którą otaczają mnie ludzie jest dosyć przyjemna, a gdy promyki ich szczęścia delikatnie muskają moją chłodne i wyczerpane ciało, czuję uśmiech na swojej twarzy, ale niestety na tym się kończy. Pozostając sama w pustym mieszkaniu, otaczają mnie jedynie negatywne emocje, z którymi się zmagam, pomimo tego gdzie jestem, ale jedynie w domu mnie doszczętnie wyniszczając i pozostawiając grube pręgi na mojej skórze, tak jak i w umyśle. Wzięłabym kolejny łyk herbaty i wróciła do opisywania najlepszych wspomnień, ale niestety mi się kończą. Po dwunastu miesiącach, stałam się zupełnie innym człowiekiem. Jestem zadziwiająco twarda, tak jak i zaskakująco krucha, co to oznacza ? Pękam przy drobnych wspomnieniach, ale przy osobach trzecich zaciskam zęby i idę z uniesioną głową. Właściwie dopiero ostatnio stwierdziłam, że liczy się to, abym ja była szczęśliwa i słuchała mojego serca, a przede wszystkim kierowała się tym co ja uważam za słuszne. Jeżeli się nie uda, trudno - to ja będę cierpiała, a nie ktoś inny - dodałam szeptem i otarłam czwartą łzę z rozgrzanego policzka. Jednakże potrzebuję kogoś, by stawić się do walki i móc ją przezwyciężyć. Potrzebuję Cię.
Po ostatnich dwóch słowach zamknęłam oczy i podsumowałam cały rok dokładnie w myślach, był cudowny, a zarazem beznadziejny. Były w nim chwile upadków, jak i bolesnych i powolnych wzlotów. Jestem pewna, że Ci na których mi zależy nie odejdą i zrozumieją to co teraz robię, pomogą mi, wesprą mnie w jak tylko potrafią.
Wdech, wydech - szepnęłam i uśmiechnęłam się do monitora. Taka już jestem, mój nastrój zmienia się co sekundę, potrafię płakać i jednocześnie szczerzyć zęby do monitora, jak gdybym była na randce czy dostała najpiękniejsze szpilki z metką "minus osiemdziesiąt procent" - dobra, z tymi szpilkami przesadziłam, bo rzadko widnieją na moich stópkach, rozmiar trzydzieści osiem, ale chciałam to jakoś porównać.
Zakańczam ten rok z pełną ulgą, postanawiając sobie parę nowych i poważnych celi, które pragnę zrealizować. Przełykam ślinę i zatrzaskuję dwunasto rozdziałową  księgę, zatytułowaną "2014 rok. Przemiany i zmiany", której każda strona i każdy rozdział inaczej pachnie, smakuje i wywołuje kolosalną amplitudę uczuć.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

24.

24.
-Pasuję - szepnęłam do siebie i skierowałam obolałe nogi i ciało w stronę łazienki. Nowiutki, puchaty dywan łaskotał moje stopy i mimowolnie ten proces wytwarzał na ustach lekki uśmiech. Zamyślona, zrzuciłam z siebie bordową koszulę, czarne spodnie i koronkową bieliznę. Wrzucając je do pralki, weszłam pod prysznic, równocześnie zatrzaskując za sobą wspomnienia. Odkręciłam ciepłą wodę i czekając na przyjemność, zamknęłam oczy i uniosłam głowę ku górze. Spływała po mnie fala gorąca, a ja całkowicie poddałam się tej pieszczocie. Krople wody były niczym wspomnienia, które przeżyłam - jedne uporczywie, nie chciały spłynąć z mojego ciała, a inne znikały w ciągu ułamka sekundy. Wzięłam do ręki swój ulubiony żel i delikatnie, okrężnymi ruchami, wmasowywałam go w moje blade i gorące ciało. Nie minęło kilka minut, a przed moimi oczami pojawiła się ciemność.
Siedziałam skulona, a drżącymi rękami kurczowo trzymałam się swoich ramion. Już dawno ktoś, albo najprawdopodobniej ja zakręcił wodę, bo moje ciało było otępiałe, a przede wszystkim lodowate. Oddech miałam płytki, ciężki i raz po raz próbowałam odgarnąć mokre włosy, które kuły moje zaczerwienione oczy. Płakałam. Chociaż nie czułam swoich łez, to i tak byłam pewna, że po policzkach spływa słona substancja, która dawała poczucie chwilowej, wewnętrznej lekkości, ale po jakimś czasie ból i tak wracał. Nie miałam pojęcia jak długo siedziałam w takiej pozycji, ale byłam pewna jednego - chciałam zapomnieć o obrazach pojawiających się w mojej głowie.
   Była połowa września, z drzew zaczęły spadać liście i pojawiły się drażniące i chłodne powiewy wiatru. Przygotowałam się na taką pogodę i opatuliłam szyję swoją ulubioną chustką, która idealnie pasowała do mojej skórzanej kurtki zakupionej na wiosnę. Szłam drogą, którą potrafiłabym przejść z zamkniętymi oczami, wsłuchując się jedynie w ryk silników nadjeżdżających samochodów, by w porę uskoczyć w bok. Lekkie promyki słońca przedzierały się przez cumulusy - Przynajmniej nie będzie padać - szepnęłam do siebie i mimowolnie ugryzłam się w język. Dlaczego ja rozmawiam sama ze sobą? Czuję się jakby w mojej głowie mieszkały dwie postacie i gryzły się ze sobą nawzajem. W sumie jak tak dalej pójdzie to zamkną mnie w jakimś psychiatryku - w sumie mieliby wszyscy spokój, chociaż innym rozwiązaniem byłby zwyczajny psycholog, który przez kilka sesji, pokazywałby mi jakieś plamy po atramencie i kazał mi wyobrażać co widzę. Nieważne...
  I wtedy po raz pierwszy to zobaczyłam. Wspomnienie prawie zmiotło mnie z nóg, całe szczęście przytrzymałam się barierki otaczającej szkołę i cudem uniknęłam pobrudzenia rąk i spodni. Drugą ręką natomiast przytrzymywałam głowę, delikatnie ściskając skroń i masując ją kciukiem. To było okropne. Nawrót nawet najlepszych wspomnień może być szokiem, a ja właśnie takowy przeżyłam. Od tamtego momentu, co jakiś czas mam...jak to nazwać - wizje? Wizję, obraz z przeszłości, który przeszywa moje wnętrze niczym, gdybym duszkiem wypiła substancje żrącą, chociaż to porównanie nie rozpuszczało mi wszystkich narządów, tylko serce - no i trochę płuca, bo ciężko mi się oddychało. Nie potrafię przewidzieć, kiedy ten atak nastąpi, on po prostu przychodzi i robi ze mną co chce, rzuca mnie na pożarcie losowi, który ostatnio mi sprzyjał. Może powinnam się z nim zaprzyjaźnić? Kawka, ciastko, może pozna mnie z jakimś wysokim por ejemplo blondynem?
W sumie w moim umyśle pozostawiono, albo wczepiono dwa wspomnienia, które za nic w świecie nie chcą się wymazać. To trochę jak wino wylane na nowiutką, białą koszulę, która kosztowała trzy czwarte twojego kieszonkowego, a Ty właśnie szedłeś na randkę i chciałeś "walnąć" lampkę na rozluźnienie (dlaczego wino? przecież mężczyźni praktycznie nie piją wina...) . Mianowicie, wspomnienia, których mi nikt nie odbierze kwitną i czekają na reinterpretacje z mojej strony, aczkolwiek byłoby to ciężkie do zrealizowania, ponieważ moje uczucia są stanowczo na wymarciu. Czas je obudzić, ale jak? Wstrzymuję oddech i gorączkowo stukam czerwonymi paznokciami w blat biurka i modlę się do siebie o jakąkolwiek podpowiedź w  pytaniach do mojej osoby. Mogę uciec od tego co widzę, słyszę, ale w życiu nie ucieknę od tego co czuję...- Cholernie za Nim tęsknie - stanowczym tonem powiedziałam na głos i zagryzając wargę, zamknęłam laptopa tak jak próbowałam zamknąć na trzydzieści siedem spustów uczucia do Niego.

poniedziałek, 17 listopada 2014

23.

23.
-Jesień jest taka przygnębiająca... - szepnęłam do siebie i zacisnęłam powieki. Po raz pierwszy od dłuższego czasu siedziałam sama w opuszczonym parku na starej, podmokniętej ławce. Odpaliłam kolejnego papierosa i szybkim ruchem włożyłam słuchawki do uszu. Zatopiłam się w cudownej melodii, która otulała mnie niczym silne i bezpieczne ramiona. Zupełnie odpłynęłam, zapominając o wszystkich negatywnych emocjach, a przede wszystkim o palącym bólu w lewej piersi. Moje uszy pieścił dźwięk kolejnego fantastycznego autora piosenki, która była jedną z moich ulubionych. Po kilku minutach euforii, otworzyłam oczy i z przykrością spojrzałam na szarą rzeczywistość. Ze skrzywioną miną rozejrzałam się po opustoszałym miejscu. Nie byłam zdziwiona, że nie było tutaj żywej duszy. W końcu to był jeden z chłodnych i smutnych miesięcy, gdzie nie trudno byłoby popaść w depresje. Spoglądając w niebo, widziałam jedynie ciemno szarą aurę, którą oświetlały pobliskie, pojedyncze latarnie. Westchnęłam i zaczęłam się skupiać na oddalającym się mężczyźnie z granatowym parasolem. Zaczęłam szperać po swoim zabałaganionym umyśle, jednocześnie rytmicznie wystukując na kolanie pewien rytm, który słyszałam dosłownie w mojej głowie. Doszukałam się pewnego wspomnienia, gdzie na samą myśl zadrżałam. Z rąk wypadł mi papieros i gorączkowo zaczęłam po niego sięgać, ale w mojej głowie pojawił się obraz, który sparaliżował nie tylko ręce, ale całe ciało. - Odejdź - szepnęłam do pojawiających się plam, które stawały się coraz bardziej ostre i realne. Gdybym mogła wymazać pewne chwile z pamięci, to właśnie tą wyrzuciłabym jako pierwszą. Na początku wspomnienie nabrało ciepłych, pastelowych barw, pomimo otaczającego je śniegu. Uśmiechnęłam się na samą myśl, aczkolwiek dokładnie po trzech sekundach zniknął, bo pojawiły się kłęby nawarstwiającego dymu, a po tym wszystkim ciemność - pustka. Z całą pewnością właśnie tak mogłam opisać ostatni kolor, który ciągnął się bez końca. Dopiero po paru chwilach się zmienił i wracał do jaśniejszych odcieni. Kilka miesięcy musiało minąć, abym szczerze mogła odpowiedzieć, że pozbyłam się męczących mnie i negatywnych uczuć, które targały mnie przy chociażby najmniejszym szczególe, który przypominał mi tamten okres. Wreszcie mogłam się normalnie uśmiechać, cieszyć z tego co mam - stwierdzam, że jestem szczęśliwa i mogę nowy rozdział uznać za otwarty, chcąc nie chcąc, tamten zamknęłam, zatrzasnęłam i wrzuciłam w najdalsze zakamarki mojego umysłu - dokładnie tam, gdzie już nigdy nie będę chciała wracać.

środa, 17 września 2014

22.

22.
Ocknęłam się zalana łzami i spoglądając na zegarek,zmrużyłam oczy. Doszukałam się go na nocnym stoliku, tuż przy moim łóżku - 4:35 -jęknęłam. Uświadomiłam sobie, że spałam zaledwie dwadzieścia minut. Nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje. Od paru dni nie mogłam zmrużyć oka, jedynie leżałam, wtulając się w poduszkę i jednocześnie w nią płacząc. Próbowałam wszystkiego, ale na próżno. Nawet muzyka płynąca w moich uszach mnie drażniła i cisnęłam słuchawkami w kąt łózka. Wstałam zwracając uwagę, aby moja prawa stopa jako pierwsza dotknęła chłodnych, drewnianych paneli. Doszłam do drzwi łazienki, jednocześnie doszukując się włącznika światła, przesunęłam głowę w prawo i uderzyłam w mosiężny wieszak, na którym wisiała stara parasolka, syknęłam i zacisnęłam zęby. Byłam coraz bardziej zdenerwowana, a patrząc w lustro zupełnie się nachmurzyłam. - Czy ja faktycznie tak beznadziejnie wyglądam? - rzuciłam krótko i zaczęłam się sobie przyglądać. Niestety nigdy nie należałam do niskich dziewczyn, ale nadrabiałam drobną budową. Miałam bladą twarz z kilkoma jasnymi piegami otaczającymi nos. Małe, zielone oczy były przepełnione smutkiem, a usta wykrzywione w grymas dopełniały całokształt mojego widocznego bólu. Dłużej nie potrafiłam tego zakrywać, a tym bardziej w domu, gdzie nie miałam siły. Westchnęłam, związałam włosy w niedbały kok i odwróciłam się na pięcie, gasząc światło. Szybkim krokiem weszłam do pokoju i ledwo spojrzałam na łóżko, bo moją uwagę przykuł oślepiony blaskiem księżyca parapet, który służył mi za miejsce do wspominania i doszukiwania się prawdy. Usiadłam na nim i przyciągnęłam kolana do brody. - Co Ci jest? - szepnęłam do siebie i spojrzałam w prawo, by przyjrzeć się jasnemu rogalikowi, który rozjaśniał czarne niebo. Uśmiechnęłam się, ale zaraz kąciki ust mi zadrżały. Uświadomiłam sobie, że wcale nie jestem szczęśliwa. Spójrzmy prawdzie w oczy - wszystko się posypało. Przygryzłam obolałą wargę i schowałam twarz w dłoniach, szlochając cicho ze świadomością, że nikogo to nie interesuje.
Obudził mnie dźwięk kosiarki i głośne rozmowy robotników. Wychyliłam głowę przez roletę, zderzając się czubkiem nosa o szybę. Słońce! O tak! I to jeszcze w piątek? Automatycznie poczułam przypływ entuzjazmu, więc uśmiechnięta zabrałam się do robienia codziennych czynności takich jak poranna toaleta, śniadanie czy sprzątanie pokoju. Po skończonej robocie, wyciągnęłam się na łóżku i delikatnie masowałam swoje ramiona. Nie wiedziałam nawet kiedy objął mnie Morfeusz.
Jak to możliwe, bym w tak krótkim czasie przelała uczucia z jednej osoby na drugą? Albo inaczej, czy ja w ogóle coś teraz czuję? Ostatni okres byłam po uszy zanurzona w depresji i smutku. Rozpoczął się wrzesień, natłok prac i nauki doskonale pochłonął moje rozmyślania i przerwał odczuwanie czegokolwiek. Byłam automatem, zachowywałam się jakbym wykonywała polecenia - codziennie te same. Wyłączali mnie w piątek, włączali w poniedziałek. Przez dwa dni mogłam być sobą i nie zważać na nic innego. Dopiero teraz zauważyłam, że całkowicie się wyleczyłam. Naprawdę potrzebowałam tyle czasu, by odpędzić się od tak toksycznej osoby, która mnie niszczyła na każdym kroku? Czy naprawdę było warto? Zastanawiam się czy ten czas był przeze mnie, aż tak zmarnowany. Doszukałam się kilku przyjemnych wspomnień, ale odesłałam je w niepamięć. Teraz górowało jedno, jedyne uczucie, którym nie chciałam nikogo obdarzać - nienawiść. Kryjąc w sobie wszelakie uczucia, gubię się i ślepo szukam wyjścia z sytuacji, a teraz cieszę się, że z tego wyszłam. Uwolniłam się i zostałam uzdrowiona. Teraz wiem, że nie mogę popełnić kolejnego błędu związanego z tym rozdziałem. - Będzie dobrze - szepnęłam do siebie i zamknęłam grubą księgę wspomnień, kończąc rozdział dobitną kropką, aby nigdy do tego nie wracać.

niedziela, 17 sierpnia 2014

21.

21. 
-Zależy mi na Tobie - szepnął mi wprost do ucha puste słowa, jednocześnie owijając mnie zapachem męskich perfum i miętowej gumy. Zamknęłam oczy, westchnęłam i szybko przygryzłam wargę - Nie wierzę w ani jedno Twoje słowo - powiedziałam mu na jednym wdechu i wypuszczając powietrze, odwróciłam się na pięcie. Do oczu napłynęły mi łzy, otarłam je szybkim ruchem, nie zważając na to, że po policzkach cieknie mi tusz. Chciałam odejść z wysoko uniesioną głową, ale po drugim kroku potknęłam się o pierwszy lepszy kamień i runęłam na ziemię. W ostatniej chwili złapałam się...jego ramienia. Przewróciłam oczami, próbując utrzymać równowagę, a w tym samym momencie poczułam nacisk jego dłoni na swoim nadgarstku, pierwszy raz od dłuższego czasu spojrzałam mu w oczy, ukuło mnie serce. Na Jego twarzy malował się smutek i cierpienie, a jego oczy były przysłonięte bezbarwną cieczą. - Nie odchodź, proszę...- wiedziałam, że z całej siły próbował się uśmiechnąć, jednak kąciki ust delikatnie zadrżały i uniosły się ku górze. Po raz kolejny zacisnęłam zęby i przejechałam dłonią po jego skroni, policzku, wędrując aż do ust. - Zdecydowałam się odejść, więc właśnie to robię...- Próbowałam się nie rozpłakać, ale mimowolnie łzy leciały z moich oczu. Przełknęłam ślinę i wpadłam mu w ramiona. Obydwoje doskonale wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie spotkanie. Z jednej strony nie chciałam go tutaj zostawiać, ale z drugiej jakaś moja część Go nienawidziła. Teraz wybuchłam płaczem i przytuliłam go z całej siły. Musiałam wziąć się w garść i  wymazać z głowy niepotrzebne i złe wspomnienia. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam. Otwierając drzwi uświadomiłam sobie, że rozpoczynam kolejny rozdział.
Leżałam w łóżku zwinięta w kłębek, otulona jedynie czerwonym kocykiem, płacząc jak małe dziecko. Od tamtego spotkania minęło sporo czasu, ale za nic nie potrafiłam się pozbierać. Udawałam cały czas szczęśliwą, chodziłam uśmiechnięta, ale każdej nocy wszystko wracało - Wspomnienia... - Wiedziałam, że nie da się ich wymazać, więc odstawiłam je w najciemniejszy kąt mojego umysłu i próbowałam zająć się czymś innym. Nie potrafiłam nikomu o tym powiedzieć, kłębiłam w sobie to co czułam i z kolejnym dniem bolało mnie to jeszcze bardziej. Usłyszałam znajome piknięcie - Czego? - Warknęłam do telefonu i odblokowałam klawiaturę. Wiadomość. Jęknęłam, gdy spojrzałam na numer - Nie chcę Cię stracić - treść smsa zupełnie zbiła mnie z tropu. Długo zastanawiałam się jak mogę odpowiedzieć. Wystukałam dwa słowa, wrzuciłam telefon pod poduszkę i poczułam jak Morfeusz bierze mnie w objęcia, abym zatopiła się w spokojny sen. - Już straciłeś. - Moja odpowiedź niemalże paliła moją skórę i umysł. Przenikała do czeluści moich myśli, poczułam ból. Czy będzie już tak zawsze?
Pomimo wszystko nie poddawałam się, funkcjonowałam normalnie, udawanie dobrego nastroju było coraz prostsze, wczepiłam kłamstwo w codzienność. Chociaż mój umysł bombardowało milion myśli to na moich ustach malował się spokój. Wpakowałam się w uczucie, które jest trudne do skreślenia, akurat musiałam je sobie przyswoić. 

środa, 23 kwietnia 2014

20.

20.
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, jakie znaczenie ma dla Ciebie osoba, którą darzysz pewnym uczuciem? Nie? To siądź wygodnie, zamknij oczy i odpłyń na jakiś czas.Zadaj sobie kilka ważnych pytań. Co właściwie do niej czujesz? Jest ona dla Ciebie ważna, nie możesz bez niej wytrzymać dłuższego czasu? Nie, nie musisz odpowiadać na głos, wystarczy, że w myślach usłyszysz dźwięk własnego głosu. Nie śpiesz się, dokładnie to przemyśl, zrób kilka wdechów i wydechów. Zadaj sobie parę dodatkowych pytań i powiedz, kochasz ją? Jeżeli odpowiedź będzie twierdząca to walcz o tą osobę pomimo przeszkód stojących Wam na drodze. Doskonale wiesz, nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Pomyśl, teraz jest pod górkę, ale na szczycie możesz dostać uszczęśliwiające Cię doznanie. Weź się w garść i nie poddawaj, nie możesz tego zrobić jeżeli próbujesz coś osiągnąć. Jesteś gotowy? Otwórz oczy i idź odszukać tą osobę, wierzę w Ciebie.
Targały mną emocje, których definicji sama nie potrafiłam sprecyzować. Było ich tyle, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Moje ręce drżały, a zęby coraz ciaśniej zaciskały moje zsiniałe usta. Złapałam się za głowę i z całej siły próbowałam je z siebie wyrzucić. Na próżno. Nie mogłam się czuć wolna, ani szczęśliwa, gdy wiedziałam, że coś jest nie tak. Próbowałam rozwiązać problem sama, aczkolwiek nie potrafiłam. Usiadłam na podmokniętej od porannego deszczu ławce i zaczęłam rozmyślać. Z zadumy wyrwał mnie dźwięk telefonu, spojrzałam na wyświetlacz i cisnęłam komórką jak najgłębiej swojej torebki. - Musisz być silna - powtarzałam sobie po stokroć, ale byłam pewna, że zaraz po policzkach polecą mi słone łzy. Znowu zataczam to koło? Mam kolejny raz kończyć rozdział? Miałam tego serdecznie dość na dodatek, że napływ spraw z ostatnich tygodni rozerwał mój umysł na strzępy. Ciało pozostało w bez ruchu, chociaż czułam, że ono też chciało pękać. Wzięłam do ręki drobny liść i zaczęłam pocierać Go w dłoni tak długo, aż zostały z niego same malutkie kawałeczki. - Człowiek jest kruchy - stwierdziłam jednoznacznie, grzebiąc w swojej kieszeni. Podpaliłam pozostałe szczątki i westchnęłam. - Zbyt długo było dobrze, karma zawsze wraca i jest to nieuniknione. Zadrżały mi usta, doskonale wiedziałam co chcę powiedzieć, ale za nic nie potrafiłam tego wydusić z siebie. Definitywnie to jest koniec, chociaż nie powinnam o tym myśleć. Spojrzałam przed siebie i ujrzałam osobę, która jest przyczyną mojego opłakanego stanu. Coś we mnie drgnęło, poczułam w sobie wiarę i nadzieję tak silną, że w sekundę zmieniłam swoje nastawienie i negatywne myślenie. Teraz doskonale wiedziałam, że będzie dobrze, dlaczego? Bo to jest właśnie to koło o którym mowa. Przeczekam to, burza ustępuje i widzę błękitne niebo - czas na uśmiech.
Podnieś się i zacznij coś robić...teraz. Słyszysz? Rusz się i walcz o tą osobę, staraj się, bo ona w każdej chwili może odejść, gdy przestaniesz o Nią dbać. Wiem, że jest dla Ciebie jedną z najważniejszych osób, powtórzę to drugi raz - wstań z tego miejsca, idź przed siebie i za żadne skarby się nie cofaj.

wtorek, 18 lutego 2014

19.

19.
Niemalże w stu procentach byłam pewna,że dawno utworzona przeze mnie bariera zaczynała pękać.Stworzyłam ją praktycznie pół roku temu tak silną,iż nikt nie potrafił się przez nią przebić.Czerwiec.Ten miesiąc był początkiem.Mogę go określić jako własne,pierwsze odrodzenie.Wreszcie po tak długim czasie byłam w stanie wrócić do otaczającej mnie rzeczywistości w której sama się gubiłam.Upadłam dawno temu,ale zrodziłam się,niczym feniks z popiołu - otrzepując resztki przeszłości z przesiąkniętego nadzieją ciała.Pierwszy uśmiech pociągnął za sobą pulsujący ból w kącikach ust.-Tak dawno tego nie robiłam...-pomyślałam i odkaszlnęłam. To piękne uczucie być z powrotem wolną jednostką równocześnie zaczynając od nowa.Niestety nie wszystko było takie cudowne.
Moje uczucia były w stanie agonalnym.Próbowałam być silna,twarda,a przede wszystkim obojętna na otaczających mnie ludzi.Nie zauważyłam,gdy to wszystko wymknęło mi się spod kontroli.Dopiero po kilku miesiącach uświadomiłam sobie,że wcale nie wyszłam z tego dna i pomimo wszystko dalej nie wypłynęłam na powierzchnię. Czułam jakby moje kończyny były skrępowane grubym łańcuchem,wiedziałam,że nie mogę nic z tym zrobić,aczkolwiek desperacko szukałam jakiegokolwiek rozwiązania. I wtedy uświadomiłam sobie,że nie wyjdę z tego sama.
Otworzyłam oczy i czekałam,aż na zegarku wybije godzina siedemnasta.Za oknem wiało,a ja ze wszystkich sił próbowałam uspokoić swoje ciało od przypływających emocji.Byłam rozdygotana.Nie wiem,nie znałam powodu.Powoli ubierałam kolejne warstwy,aż nagle bezwładnie upadłam na podłogę,jednocześnie łapiąc się za brzuch.Podkuliłam kolana pod brodę,usiłując wmówić sobie,że będzie dobrze.Bałam się tej bariery,nie chciałam być obojętna,ale nie wiedziałam czy kiedykolwiek uda mi się przełamać.
Czekając w tym samym miejscu co zawsze,próbowałam uspokoić swój oddech i zdecydowanie za szybko bijące serce.Nie kontrolowałam swojego ciała,uczuć,niczego...doskonale to wiedziałam,ale nie dopuszczałam do siebie tejże myśli.Swoje uczucia zamknęłam tak głęboko,że nie miałam pojęcia czy ktoś kiedykolwiek wygrzebie je z moich czeluści na powierzchnię.Spojrzałam na niego i równocześnie stwierdziłam,że może się to udać.
Ból był niewyobrażalny,leżałam w ciemnym pomieszczeniu jednocześnie doszukując się chociaż namiastki światła.Przez moje ciało przebiegał dreszcz,który mogłam porównać z rozrywaniem mojego wnętrza na kawałki.Wyginałam się w różne strony.Na próżno,ból nie ustępował.-Zbyt silna...-pomyślałam,zaciskając zęby.Nie wiem jak to było możliwe,ale wytworzona przeze mnie dawno temu bariera zaczynała pękać i nie miałam pojęcia jak to mogłam odebrać.W sumie nic nie czułam,oprócz palącego moje wnętrze bólu.Zamknęłam oczy z nadzieją na szybki koniec.
Obudziłam się,wstałam i spojrzałam w lustro.Nic.Nie doszukałam się żadnych większych zmian,ale miałam przeczucie,że coś jest nie tak.Weszłam w głąb swojego umysłu i gorączkowo szukałam przyczyny mojego niepokoju...i wtedy to zauważyłam.Moja bariera miała kilkanaście rys i kilka głębszych nacięć.W mojej głowie pojawił się dylemat - walczyć z tym czy odpuścić i dać się ponieść emocjom?Rozważałam to godzinami,aczkolwiek nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi nawet w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu.Wiem,że może potrafiłabym kochać,ale czy to uczucie by przetrwało?O wiele prościej byłoby zranić,ale znaczna część Go potrzebowała.Zagryzając wargę pchnęłam te myśli jak najdalej i wpoiłam sobie,że będę żyć chwilą. W końcu postanowiłam jedno,ale czy to jest dobry wybór?

środa, 5 lutego 2014

18.

18.

Wydaję mi się,że potrafiłabym dzielić z Tobą marzenia,

Wydaje mi się,że moglibyśmy iść razem,wspólnie wydeptaną ścieżką
Wydaje mi się, powyższe dwa wersy są do spełnienia,
Wydaję mi się,że mówiłabym Ci jak mi ciężko,
Wydaję mi się,że potrafiłabym Cię pokochać,
Wydaje mi się, że bylibyśmy szczęśliwi,
Wydaję mi się,że mogłabym nocami przez Ciebie szlochać,
Wydaję mi się,że wspólnie przeszlibyśmy przez to -żywi.

piątek, 10 stycznia 2014

17.

17. 
To paradoksalne cieszyć się z własnej nadchodzącej śmierci,aczkolwiek właśnie to robiłam.
Zastanawiałeś się kiedykolwiek nad tym co byś zrobił, gdyby pozostało Ci jedynie kilka godzin życia? Dosyć często przez mój umysł przepływały myśli o podobnej tematyce,aczkolwiek za każdym razem odpowiadałam podobnie i doskonale wiedziałam co bym zrobiła,jednakże nie mam pojęcia czy nie zabrakłoby mi odwagi...
Leżałam na chłodnej posadzce,a moje wnętrze było rozdarte,niemalże czułam jakby ktoś targał moim ciałem we wszystkie strony. Oczy miałam zamknięte, paliły mnie tak mocno,że byłam przekonana o wyżerającym moje źrenice kwasie,który jakimś cudem tam się przedostał. Moje kończyny był bezwładne,mogłam jedynie leżeć i czekać,aż to wszystko się skończy - Poddaj się - usłyszałam głos w mojej obolałej głowie. Z jednej strony chciałam odpłynąć, przedostać się na drugą stronę,ale wiedziałam,że to byłby błędny wybór, dlatego w myślach zacisnęłam zęby i imitując ruch dłońmi odepchnęłam od siebie tamtą myśl równocześnie tworząc barierę.
Obudziłam się słysząc dźwięk pikającej aparatury. Powoli otworzyłam oczy z obawą przed nawrotem pieczenia z tamtego "snu". Było jasno. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu,w którym nigdy w życiu nie byłam. Próbowałam się poruszyć, jednak wszystko mnie bolało, byłam lekko odrętwiała,ale udało mi się podeprzeć na łokciach. Moje ciało było pochłonięte w szarych i bordowych sincach,ale nie chciałam o tym myśleć. Spojrzałam w lewo i ujrzałam  ogromne,jasnobrązowe okno,a za nim cudowny błękit nieba. Uśmiechnęłam się na ten widok,ale zaraz zadowolenie i fascynacja zeszła z mojej twarzy. Skrzywiłam się widząc jak z mojej żyły wystaje gruby wenflon,który wypłukiwał ze mnie moją krew. W sekundzie wróciły plamy przed oczami i ciarki. Szybko pokręciłam głową i wróciłam do oglądania nieba,które było nieskazitelnie czyste i piękne. W momencie uświadomiłam sobie wszystko. Krok po kroku,aż straciłam przytomność i znalazłam się w tym miejscu. To niemożliwe,że zdecydowałam się na tak odważny krok. Przez moją głowę przepłynęło sporo wspaniałych wspomnień,a na koniec dodałam zachrypniętym głosem - Chcę żyć.